Bardzo przepraszam za tak długą nieobecność, lecz niestety wena zrobiła sobie długie wakacje... Ale powróciła! A przynajmniej na to się zapowiada... Ale nikt się na mnie nie gniewa, co? ^^
Miłej lektury ♥
___________________________________________________________________________________
Byłem w zakładzie już ponad 2 miesiące... Dostawałem tam szału! Zdawało mi się, że ten ośrodek zamiast mi pomagać tylko sprawia, że naprawdę wariuję. Gdyby nie Suho, pewnie bym krzyczał na cały oddział jak co niektórzy. Czułem, że mimo tego, że był "tylko" praktykantem, naprawdę angażował się w swoją pracę i traktował mnie jak człowieka, a nie tylko jak wariata lub pacjenta, z którego się pompuje kasę.
Siedziałem, czytając kolejną książkę, gdy usłyszałem znajome kroki zbliżające się do mego pokoju. Gdy hyung wszedł, byłem już przy drzwiach:
– Hej doktorku! – przytuliłem go, stęskniony jak zawsze.
- Nie jestem doktorem… Jeszcze – zaśmiał się, odwzajemniając uścisk – Jak się czujesz?
- Teraz lepiej - wyszczerzyłem się.
- Dobra dobra, nie kokietuj mnie tu - niby mi pogroził, ale na jego twarzy pojawił się wręcz anielski uśmiech. Było mu z nim do twarzy. Lubiłem jego uśmiech, przynosił mi ukojenie - Idziemy na spacer – powiedział, gdy mnie puścił.
Spojrzałem na niego zdziwiony:
- Po co? Przecież jest zimno
- Zaskoczę cię. Chodź, choćby na chwilkę. Zaufaj mi – znów się uśmiechnął w ten swój anielski sposób.
Nie umiałem mu odmawiać w takich chwilach. Poszedłem do łazienki, gdzie założyłem ubranie, które dał mi Suho podczas mojej wizyty u niego. Gdy zobaczył mnie w nim, nie robił żadnej afery, nie prosił o zwrot... Chyba nawet się uśmiechnął na widok mnie w jego ciuchach. A może mi się tylko zdawało?
Otrząsnąłem się jednak z tych głupich rozmyślań i wyszliśmy z budynku:
- Czemu nadal masz zimową kurtkę? – spytał po dłuższej chwili.
- Zimno mi
- Nie czujesz, że już jest cieplej? – wziął głęboki oddech.
Stałem chwile w zamyśleniu:
- Dla mnie nadal jest zimno
- Nie czujesz, że idzie wiosna?
- Średnio...
- To spójrz – podeszliśmy do krzaka. Nie miał już na sobie śniegu, a na jego gałązkach była masa zielonych pąków – Widzisz?
- Co widzę? Pąki? Jest koniec marca, to normalne.
- No pąki, ale przyjrzyj się uważnie… - kucnął zafascynowany przy krzewie.
Zrobiłem to samo i pomimo najszczerszych chęci, nie zdołałem dostrzec niczego poza pąkami na gałązkach:
- No... Przyjrzałem się... I co?
- Są małe, skulone i niepozorne, ale z czasem, jeśli im pomoże deszcz i słońce, wyrastają na piękne liście albo kwiaty. Takie, jak te – wskazał na rabatę krokusów niedaleko nas.
- W sumie coś w tym jest… - powiedziałem cicho.
- A wiesz, co mi to przypomina? – wskazał na jeszcze nierozwinięty kwiatek.
Przyjrzałem się pąkowi:
- Nie mam pojęcia hyung.
- Ciebie - uśmiechnął się do mnie.
- Mnie? - przeniosłem na niego zdziwiony wzrok.
- Tak, ciebie.
- Czemu? Dojrzewanie mam już za sobą...
- Mylisz się. Jesteś jak ten właśnie pączek; mały, niepozorny, zamknięty w sobie… Ale jeśli się otworzysz, potrafisz tworzyć cuda.
Zdziwiło mnie to porównanie. Poczułem, jak moje policzki zapłonęły rumieńcem:
- A niby jakie cuda tworzy taki mały kwiatek?
- Rozkwita. Jest piękny. Cieszy oczy innych. Jest ozdobą. Słodko pachnie. Za jego pomocą pszczoły robią cudowny miód. Przyroda od zawsze fascynowała i inspirowała artystów... - zaczął wymieniać.
- Nadal nie rozumiem, co ma jedno do drugiego….
- Jeśli znajdę sposób, byś się otworzył na innych, wyjdziesz z choroby, wyjdziesz ze szpitala i będziesz nowym człowiekiem. Szczęśliwym człowiekiem - spojrzał mi z nadzieją w oczy.
Zamyśliłem się przez dłuższą chwilę:
- A jeśli jestem zwykłym małym listkiem? Jeśli nic nie znaczę w tym wielkim lesie pełnym liści? Albo… jestem uschnięty?
- Każdy liść jest potrzebny. Nawet największy las byłby niczym bez milionów niepozornych listków. Nie wiem jeszcze, czy jesteś lipą, krokusem, różą czy dębem... Ale wiem na pewno, że nie jesteś uschnięty. Zobacz, jestem tylko kilka lat starszy. Niby jestem zwykłym studentem - uczę się, pomagam ludziom, spotykam się ze znajomymi... Ale ja tak właśnie kwitnę. I ty też zakwitniesz na swój sposób.
- Skoro nasz wiek to niby najlepszy czas w życiu... Czemu nie chce mi się żyć? Czemu za każdym razem, gdy wstaję rano, zastanawiam się, czemu jeszcze nie popełniłem samobójstwa? Czemu... Czemu musiało się tak stać? - opadłem na ziemię, a łzy spłynęły mi po policzkach - Czemu dla nikogo już nic nie znaczę? - dodałem ciszej, chowając twarz w dłoniach.
Suho usiadł obok mnie i przytulił mnie bez słowa. Wtuliłem się w niego jak małe dziecko, łkając cicho w jego tors.
- Bo jesteś kwiatkiem, do którego przyszedł deszcz, może nawet burza... Chroniąc się, zamknąłeś się w sobie. Jednak z czasem znów się otworzysz. Wierzę w to - powiedział cicho, uspokajając mnie kojącym dotykiem.
Jego słowa nie docierały już do mnie. Wszystko, co w sobie trzymałem, musiałem wyrzucić na drugiego człowieka, choć przeklinałem się wtedy w myślach, bo byłem tylko jego pacjentem, jego królikiem doświadczalnym... A ja sie do niego przytulałem jak do przyjaciela!
- Płacz, ile chcesz. Po to tu jestem - wyszeptał, głaszcząc mnie po włosach.
- Cz-czytasz mi w m-myślach? - spytałem wciąż drżącym głosem.
- Po prostu domyślam się, co czujesz. Od tego tu jestem, by widzieć to, co ty i jeszcze więcej, by jak najlepiej ci pomóc. I wierzę, że uda mi się tobie pomóc - pogłaskał mnie po plecach.
- Dziękuję... Za wszystko... - wyszeptałem, ocierając łzy i wtuliłem się w niego z wdzięcznością.
- Nie ma za co... Rzadki kwiecie -wyszeptał z uśmiechem.
Nie wiem, ile tak się tuliliśmy, ale puściłem go, gdy poczułem podmuch chłodnego przedwiosennego wiatru na policzku:
- Może wracajmy, co? Przewieje nas, dostaniemy zapalenia ucha i będzie nieprzyjemnie - mruknąłem, zakładając kaptur na głowę.
- Jasne, już - zdjął swój szal i otulił nim moją szyje.
- Nie musisz tego robić - powiedziałem, zdejmując go z siebie.
- Wolę, byś go nosił. Stres zmniejsza odporność, a nie potrzeba ci kolejnych tabletek - ponownie mi go założył.
Chciałem coś powiedzieć, ale tylko uśmiechnąłem się mimowolnie pod nosem i poszedłem za hyungiem z powrotem do ośrodka. Gdy usiadłem w swym pokoju przy kaloryferze, by się ogrzać, Suho wyszedł, a gdy wrócił, trzymał tackę z naleśnikami i kubkami gorącej herbaty. Zadowolony uśmiechnąłem się i zrobiłem mu miejsce obok siebie. Usiadł przy mnie i zaczęliśmy jeść w ciszy.
- Hyung...? - zacząłem w końcu niepewnie.
- Tak, Kyungsoo? - spytał, przenosząc na mnie wzrok.
- Wiesz... Sam nie wiem, kim jestem... Ale kimkolwiek jestem, postaram się rozwinąć... Kto wie, może naprawdę rozkwitnę... - powiedziałem niepewnie, patrząc na niego z dołu.
Suho uśmiechnął się do mnie tak, jak tylko on potrafił i objął mnie ramieniem:
- Razem damy radę. Wierzę w to - pogłaskał mnie po włosach, nie przestając się uśmiechać.
W okno zaczął cicho stukać lekki, wiosenny deszczyk. Odwzajemniłem delikatnie jego uśmiech. Pierwszy raz od nie wiem, jak dawna uśmiechnąłem się... Pierwszy raz od nie wiem, jak dawna poczułem, że może będzie lepiej.
