wtorek, 29 marca 2016

"Painful rose" cz. 5

Long time no see, long time no see~ :c

Bardzo przepraszam za tak długą nieobecność, lecz niestety wena zrobiła sobie długie wakacje... Ale powróciła! A przynajmniej na to się zapowiada... Ale nikt się na mnie nie gniewa, co? ^^


Miłej lektury ♥
___________________________________________________________________________________


            Byłem w zakładzie już ponad 2 miesiące... Dostawałem tam szału! Zdawało mi się, że ten ośrodek zamiast mi pomagać tylko sprawia, że naprawdę wariuję. Gdyby nie Suho, pewnie bym krzyczał na cały oddział jak co niektórzy. Czułem, że mimo tego, że był "tylko" praktykantem, naprawdę angażował się w swoją pracę i traktował mnie jak człowieka, a nie tylko jak wariata lub pacjenta, z którego się pompuje kasę. 
            Siedziałem, czytając kolejną książkę, gdy usłyszałem znajome kroki zbliżające się do mego pokoju. Gdy hyung wszedł, byłem już przy drzwiach:
– Hej doktorku! – przytuliłem go, stęskniony jak zawsze.
- Nie jestem doktorem… Jeszcze – zaśmiał się, odwzajemniając uścisk – Jak się czujesz?
- Teraz lepiej - wyszczerzyłem się.
- Dobra dobra, nie kokietuj mnie tu - niby mi pogroził, ale na jego twarzy pojawił się wręcz anielski uśmiech. Było mu z nim do twarzy. Lubiłem jego uśmiech, przynosił mi ukojenie - Idziemy na spacer – powiedział, gdy mnie puścił. 
            Spojrzałem na niego zdziwiony:
- Po co? Przecież jest zimno
- Zaskoczę cię. Chodź, choćby na chwilkę. Zaufaj mi – znów się uśmiechnął w ten swój anielski sposób.
          Nie umiałem mu odmawiać w takich chwilach. Poszedłem do łazienki, gdzie założyłem ubranie, które dał mi Suho podczas mojej wizyty u niego. Gdy zobaczył mnie w nim, nie robił żadnej afery, nie prosił o zwrot... Chyba nawet się uśmiechnął na widok mnie w jego ciuchach. A może mi się tylko zdawało? 
           Otrząsnąłem się jednak z tych głupich rozmyślań i wyszliśmy z budynku:
- Czemu nadal masz zimową kurtkę? – spytał po dłuższej chwili.
- Zimno mi
- Nie czujesz, że już jest cieplej? – wziął głęboki oddech. 
            Stałem chwile w zamyśleniu:
- Dla mnie nadal jest zimno
- Nie czujesz, że idzie wiosna?
- Średnio...
- To spójrz – podeszliśmy do krzaka. Nie miał już na sobie śniegu, a na jego gałązkach była masa zielonych pąków – Widzisz?
- Co widzę? Pąki? Jest koniec marca, to normalne.
- No pąki, ale przyjrzyj się uważnie… - kucnął zafascynowany przy krzewie. 
            Zrobiłem to samo i pomimo najszczerszych chęci, nie zdołałem dostrzec niczego poza pąkami na gałązkach:
- No... Przyjrzałem się... I co?
- Są małe, skulone i niepozorne, ale z czasem, jeśli im pomoże deszcz i słońce, wyrastają na piękne liście albo kwiaty. Takie, jak te – wskazał na rabatę krokusów niedaleko nas.
- W sumie coś w tym jest… - powiedziałem cicho.
- A wiesz, co mi to przypomina? – wskazał na jeszcze nierozwinięty kwiatek. 
            Przyjrzałem się pąkowi:
- Nie mam pojęcia hyung.
- Ciebie - uśmiechnął się do mnie.
- Mnie? - przeniosłem na niego zdziwiony wzrok.
- Tak, ciebie.
- Czemu? Dojrzewanie mam już za sobą...
- Mylisz się. Jesteś jak ten właśnie pączek; mały, niepozorny, zamknięty w sobie… Ale jeśli się otworzysz, potrafisz tworzyć cuda. 
            Zdziwiło mnie to porównanie. Poczułem, jak moje policzki zapłonęły rumieńcem:
- A niby jakie cuda tworzy taki mały kwiatek?
- Rozkwita. Jest piękny. Cieszy oczy innych. Jest ozdobą. Słodko pachnie. Za jego pomocą pszczoły robią cudowny miód. Przyroda od zawsze fascynowała i inspirowała artystów... - zaczął wymieniać.
- Nadal nie rozumiem, co ma jedno do drugiego….
- Jeśli znajdę sposób, byś się otworzył na innych, wyjdziesz z choroby, wyjdziesz ze szpitala i będziesz nowym człowiekiem. Szczęśliwym człowiekiem - spojrzał mi z nadzieją w oczy. 
            Zamyśliłem się przez dłuższą chwilę:
- A jeśli jestem zwykłym małym listkiem? Jeśli nic nie znaczę w tym wielkim lesie pełnym liści? Albo… jestem uschnięty?
- Każdy liść jest potrzebny. Nawet największy las byłby niczym bez milionów niepozornych listków. Nie wiem jeszcze, czy jesteś lipą, krokusem, różą czy dębem... Ale wiem na pewno, że nie jesteś uschnięty. Zobacz, jestem tylko kilka lat starszy. Niby jestem zwykłym studentem - uczę się, pomagam ludziom, spotykam się ze znajomymi... Ale ja tak właśnie kwitnę. I ty też zakwitniesz na swój sposób.
- Skoro nasz wiek to niby najlepszy czas w życiu... Czemu nie chce mi się żyć? Czemu za każdym razem, gdy wstaję rano, zastanawiam się, czemu jeszcze nie popełniłem samobójstwa? Czemu... Czemu musiało się tak stać? - opadłem na ziemię, a łzy spłynęły mi po policzkach - Czemu dla nikogo już nic nie znaczę? - dodałem ciszej, chowając twarz w dłoniach. 
            Suho usiadł obok mnie i przytulił mnie bez słowa. Wtuliłem się w niego jak małe dziecko, łkając cicho w jego tors.
- Bo jesteś kwiatkiem, do którego przyszedł deszcz, może nawet burza... Chroniąc się, zamknąłeś się w sobie. Jednak z czasem znów się otworzysz. Wierzę w to - powiedział cicho, uspokajając mnie kojącym dotykiem. 
            Jego słowa nie docierały już do mnie. Wszystko, co w sobie trzymałem, musiałem wyrzucić na drugiego człowieka, choć przeklinałem się wtedy w myślach, bo byłem tylko jego pacjentem, jego królikiem doświadczalnym... A ja sie do niego przytulałem jak do przyjaciela!
- Płacz, ile chcesz. Po to tu jestem - wyszeptał, głaszcząc mnie po włosach.
- Cz-czytasz mi w m-myślach? - spytałem wciąż drżącym głosem.
- Po prostu domyślam się, co czujesz. Od tego tu jestem, by widzieć to, co ty i jeszcze więcej, by jak najlepiej ci pomóc. I wierzę, że uda mi się tobie pomóc - pogłaskał mnie po plecach.
- Dziękuję... Za wszystko... - wyszeptałem, ocierając łzy i wtuliłem się w niego z wdzięcznością.
- Nie ma za co... Rzadki kwiecie -wyszeptał z uśmiechem. 
            Nie wiem, ile tak się tuliliśmy, ale puściłem go, gdy poczułem podmuch chłodnego przedwiosennego wiatru na policzku:
- Może wracajmy, co? Przewieje nas, dostaniemy zapalenia ucha i będzie nieprzyjemnie - mruknąłem, zakładając kaptur na głowę.
- Jasne, już - zdjął swój szal i otulił nim moją szyje.
- Nie musisz tego robić - powiedziałem, zdejmując go z siebie.
- Wolę, byś go nosił. Stres zmniejsza odporność, a nie potrzeba ci kolejnych tabletek - ponownie mi go założył. 
            Chciałem coś powiedzieć, ale tylko uśmiechnąłem się mimowolnie pod nosem i poszedłem za hyungiem z powrotem do ośrodka. Gdy usiadłem w swym pokoju przy kaloryferze, by się ogrzać, Suho wyszedł, a gdy wrócił, trzymał tackę z naleśnikami i kubkami gorącej herbaty. Zadowolony uśmiechnąłem się i zrobiłem mu miejsce obok siebie. Usiadł przy mnie i zaczęliśmy jeść w ciszy.
- Hyung...? - zacząłem w końcu niepewnie.
- Tak, Kyungsoo? - spytał, przenosząc na mnie wzrok.
- Wiesz... Sam nie wiem, kim jestem... Ale kimkolwiek jestem, postaram się rozwinąć... Kto wie, może naprawdę rozkwitnę... - powiedziałem niepewnie, patrząc na niego z dołu. 
            Suho uśmiechnął się do mnie tak, jak tylko on potrafił i objął mnie ramieniem:
- Razem damy radę. Wierzę w to - pogłaskał mnie po włosach, nie przestając się uśmiechać.
           W okno zaczął cicho stukać lekki, wiosenny deszczyk. Odwzajemniłem delikatnie jego uśmiech. Pierwszy raz od nie wiem, jak dawna uśmiechnąłem się... Pierwszy raz od nie wiem, jak dawna poczułem, że może będzie lepiej.

sobota, 9 stycznia 2016

"Painful rose" cz. 4



            Gdy się obudziłem, nie było przy mnie Suho. Nie było go też następnego dnia. Ani kolejnego. I tak cały tydzień.
            Źle to znosiłem. Bardzo źle. Ciągle się obwiniałem, że przeze mnie go wylali. Zrobił dla mnie coś dobrego, dzięki niemu uśmiechnąłem się po raz pierwszy od nie wiem, jak dawna, a on w zamian stracił szansę na pracę, o której marzył i na którą tyle czasu ciężko pracował. Czułem się winny. Znowu. Nie chciałem zrobić nic złego, a przeze mnie komuś właśnie zawalił się świat. Nie chciałem żyć. Jednak nawet nie mogłem się zabić, nie miałem jak. Jedyne, co mogłem zrobić, to nie jeść, nie pić i nie spać, patrząc godzinami na kropkę na suficie.
            Stosunek personelu do mnie tylko się pogorszył. Robili mi łaskę, że przynosili mi jakąś papkę, którą nazywali „zdrową żywnością dla ludzi takich jak ja”, ale niezbyt ich obchodziło, czy tę papkę zjem, zostawię, czy spuszczę w toalecie. Raz znów mnie rozebrali i zaciągnęli pod prysznic siłą. Byłem przy nich taki słaby.... Taki nagi...
- Może to tak czuł się Jezus, gdy rozdarli jego szaty na oczach wszystkich, gdy umierał na krzyżu? - zadawałem sobie to pytanie w myślach, płacząc w nocy i raniąc sobie uda. Paznokciami, bo innego sposobu nie było. Czułem się obdarty ze wszelkiej godności. Tylko Suho mógł mi ją przywrócić
            Po 2 tygodniach wyglądałem gorzej niż mizernie. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo nie miałem w pokoju lustra. Leżałem i płakałem bezgłośnie w swoim łóżku, gdy drzwi się otworzyły. Przestraszony schowałem się pod kołdrę. Nie chciałem, by ktokolwiek widział, jak płaczę, nie chciałem kolejnych tabletek. Słyszałem czyjeś kroki zbliżające się do mnie. Czyjaś delikatna dłoń wsunęła się pod kołdrę i pogłaskała moje chude palce:
- Czemu nie jesz, Soo?
            Zamarłem. Ten głos… Ta dłoń… Te perfumy… Wyjrzałem spod kołdry:
- Wróciłeś! – prawie rzuciłem mu się na szyję. Wtuliłem się w niego i otuliłem nas kołdrą.
            Uśmiechnął się nieśmiało:
– Jak mógłbym nie wrócić, gdy dzieje ci się krzywda? – szepnął i pogłaskał mnie po włosach.
- Przepraszam. Nie chciałem, byś przeze mnie oberwał. Bardzo przepraszam. Więcej się to nie powtórzy, naprawdę… – szeptałem, patrząc na niego ze łzami w oczach.
- Hej, nie płacz – pogłaskał mój policzek swoją ciepłą dłonią i starł kciukiem łzę, która niekontrolowanie spłynęła po moim policzku – Rzeczywiście nie podobały się ordynatorowi moje metody terapii, ale gdy zobaczyli, co się z tobą dzieje, gdy mnie nie ma, od razu po mnie zadzwonili, oddali mi wszystkie papiery i znów mogę się uczyć i pracować.
- Wylali cię? Boże, nie wiedziałem, że to będzie takie poważne… Przepraszam, postaram się to jakoś odkręcić – wyszeptałem, nie kontrolując już łez.
- Będę musiał się tylko trochę więcej uczyć i tyle. Zresztą to nie była praca tylko praktyki. Więc już nie płacz, naprawdę już dobrze – wyjął z kieszeni chusteczkę, po czym wytarł moje oczy oraz nos.
            Zarumieniłem się:
– Wiem, mazgaję się jak dziecko.
- Ale to urocze, że się mną przejmujesz – uśmiechnął się delikatnie.
- Ty tez martwisz o mnie… Znaczy… To twoja praca… Ale da się wyczuć, gdy ktoś jest miły sam z siebie, a nie z przymusu… A ty jesteś miły… A mili ludzie zasługują na troskę… - poczułem, jak policzki płoną mi rumieńcem.
- Nie myję się pod prysznicem z byle kim – zaśmiał się – Zaczekaj chwilę – puścił mnie, wstał i wyszedł. Po kwadransie wrócił z tacką z naleśnikami i znajomym kubkiem w świnki, w którym tym razem było gorące kakao – Dodałem do kakao 3 łyżeczki cukru, chyba lubisz takie?
- Wypije się – machnąłem ręką, nie chcąc dać po sobie poznać zdziwienia, gdyż właśnie zawsze tyle słodziłem swój ulubiony mleczny napój. Jednak nie zastanawiałem się nad tym długo, gdyż czując głód, zacząłem jeść jak zwierze.
- No i co się tak spieszysz? Nikt ci tego nie zabierze – pogłaskał mnie po plecach.
- Wyfacz, jesfem głofny – wymamrotałem z pełnymi ustami.
- To nie mogłeś jeść?
- Boję fę, że fali mi fam foś, fy mnie ofruć. A fobie ufam – chciałem się uśmiechnąć, jednak mi nie wyszło. Jak zwykle.
            Uśmiechnął się tylko, nie przestając mnie głaskać:
- Jak zjesz, idziemy na spacer
- W ten mróz?
- To ostatnie dni pełne śniegu, musimy skorzystać
- A ja nie chce
- A zrobisz to dla mnie? – spytał uroczo.
            No i co ja miałem zrobić? Westchnąłem, dokończyłem pyszne naleśniki, ubrałem się w to, co dał mi ostatnio w swym mieszkaniu, założyłem kurtkę, która zresztą też była jego i wyszliśmy na spacer. Mogłem tylko wychodzić na teren ośrodka, ale biorąc pod uwagę spory park, to i tak było dużo. Byliśmy na odludziu, wokół panowała niesamowita cisza. Śnieg zdawał się pochłaniać najmniejszy szmer, nawet odgłos naszych oddechów.
            Gdy zaczęły mi marznąć uszy i usta, wcisnąłem ręce w kieszenie:
– Po co my tu tak chodzimy? - spytałem nieco zniecierpliwiony.
- Nie lubisz zimy?
- Nie - mruknąłem.
- To jaka jest twoja ulubiona pora roku? - spytał, nie zniechęcając się moim tonem
- Żadna
- No weź… Jakaś musi być – uśmiechnął się lekko, ale ja tylko wzruszyłem ramionami.
            Suho wziął trochę śniegu, zrobił śnieżkę i rzucił nią we mnie.
- Ej! A to za co?
- Skoro nie lubisz żadnej pory roku, nic nie stoi na przeszkodzie, by zima stała się tą ulubioną. A by coś polubić, trzeba poznać tego zalety. Pomogę ci – rzucił się na mnie tak, że opadliśmy na miękki śnieg. Położył się obok i zaczął robić aniołka.
- Im szybciej to zrobię, tym szybciej wrócę – pomyślałem i zacząłem go naśladować.
            Spojrzałem w górę. Z białego, jasnego nieba padały drobniutkie płatki śniegu, a cały widok z mojej perspektywy był otoczony czubkami drzew. To było… Ładne. Nawet bardzo. Może nawet piękne?
            Przeniosłem wzrok na Suho. Uśmiechał się do mnie i… Znów oberwałem od niego śnieżką
– Orientuj się – zaśmiał się, ale po chwili przestał i zaczął wypluwać śnieg z ust.
- Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni – wytknąłem mu język.
            Chłopak schował się za zaspą i zaczął we mnie rzucać śnieżkami. Kucnąłem za drugą i rzucałem kulkami w jego stronę. Poczułem się znów jak dziecko; beztroski, cieszący się z małych rzeczy.
            Nie wiem, ile czasu minęło, gdy opadliśmy zmęczeni obok siebie na biały puch:
- Raaaaaaaaaaaany… Fajnie było – powiedziałem, a na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- To jak, lubisz zimę? – zaśmiał się Suho.
- Lubię – chwyciłem trochę śniegu w dłoń i sypnąłem nim tak, by na mnie spadał - Ciebie też lubię – dokończyłem w myślach.
- Ja ciebie też lubię – spojrzał na mnie z uśmiechem.
            Zamurowało mnie. Czy on czyta w myślach? Nie, nie, nie, to głupota. Przygryzłem język, próbując się uspokoić:
- Przesadzasz. Po prostu jestem twoim pacjentem w twoim wieku i tyle – wzruszyłem ramionami.
- Mówię serio. Traktują tu ludzi, jakby nie wiem, jacy byli. A tak naprawdę w każdym, nawet najciężej chorym pacjencie, widzę człowieka… A ty jesteś super człowiekiem. I wierzę, że wyjdziesz z depresji, a po wszystkim nadal będziemy przyjaciółmi – powiedział poważnie.
- Czyli ty… I ja… Się przyjaźnimy? – spytałem cicho, nie będąc pewnym, czy dobrze zrozumiałem.
- No a nie? Spędzamy ze sobą czas na jedzeniu, głupotach i gadaniu o wszystkim i o niczym… Ty nie potrzebujesz lekarza ani leków. Po prostu potrzebujesz przyjaciela, który będzie trochę mocniejszy, mądrzejszy i bardziej bezstronny niż zwykły przyjaciel – założył mi kaptur, by mi uszy nie marzły – Ja jestem taką osobą i dzięki temu dziś mogłeś się uśmiechnąć i polubić zimę, rozumiesz?
- Chyba masz rację… Tylko… - przysunąłem się do niego niepewnie i wtuliłem w jego zimną kurtkę – przyjaźń to relacja obustronna. Co ja, pocięty chudzielec bez pieniędzy, rodziny, przyjaciół czy wiedzy może ci dać? – spojrzałem smutno w jego piękne, ciemne oczy.
- To, co ja tobie – odpowiedział bez zastanowienia – Nasze wspólne rozmowy i posiłki sprawiają mi przyjemność. Jesteśmy w podobnym wieku i potrafimy znaleźć wspólny język, choć poznaliśmy się w tak nietypowy sposób. To fajne, nie sądzisz? Chociaż skoro chcę być psychiatrą, każdy pacjent mnie do tego przybliża, więc w pewnym sensie pomagasz mi spełniać marzenia. Dziękuję – objął mnie i się uśmiechnął.
- Ja… Nie wiem, co powiedzieć… - zacząłem, a Suho zaczął mnie głaskać po głowie.
- To nic nie mów. Nie musimy ciągle gadać – uśmiechnął się, a ja tylko oparłem głowę na jego torsie i wraz z nim wpatrywałem się w wolno spadające z nieba śnieżynki.
            Gdy już było naprawdę ciemno i zimno, a dmący wiatr chciał nas kompletnie przewiać, wróciliśmy do mojego pokoju cali przemoczeni. Gdy rozebraliśmy się, chłopak zauważył moje zadrapania na udach:
- Kiedy je zrobiłeś?
- Nie wiem… Tydzień temu? – skłamałem, jednak wiedziałem, że to nic nie da. Nie umiałem i nie lubiłem kłamać.
- Jeśli chodzi o wszelkie rany, nie oszukasz lekarza – pokręcił głową i złapał mnie za ręce – Już Tu jestem, tak? I będę tu znów regularnie, tak? Cokolwiek się nie dzieje, jakkolwiek dla ciebie jest to głupia sprawa, możesz mi o niej powiedzieć, tak? – spojrzał mi w oczy.
- Tak… - powiedziałem cicho i spuściłem wzrok.
            Suho tylko westchnął i mnie przytulił:
- Nie jestem zły. Po prostu widzę, że masz problem, a ja tu jestem od tego, by ci pomóc. Chcę ci pomóc
- Wiem… Po prostu bałem się, że przeze mnie zaprzepaściłeś tyle ciężkiej nauki… - wyszeptałem drżącym głosem, na co mnie tylko mocniej przytulił
- Jestem tu…
- Wiem. I za to dziękuję – wtuliłem się w niego i przymknąłem oczy.
            Staliśmy tak dłuższą chwilę, jednak było nam zimno po leżeniu na dworze przy takiej pogodzie, więc puściliśmy się, powiesiliśmy ciuchy na kaloryferze, po czym w samych bokserkach położyliśmy się do łóżka i każdy z nas zabrał się za swoją książkę, jeden oparty o drugiego. Nie wiem, kiedy przysnąłem, ale wiem, że mimo późnej pory Suho nadal był przy mnie. Od tej pory przychodził znów do mnie codziennie, a ślady się zagoiły.

sobota, 5 grudnia 2015

"Painful rose" cz.3

            Gdy dojechaliśmy pod wielki, biały budynek z kratami, zobaczyłem wielki napis „SZPITAL PSYCHIATRYCZNY”. Przestraszyłem się nie na żarty, zacząłem się szarpać, ale pasy były bardzo mocne, a pielęgniarze silni. Zaciągnęli mnie do gabinetu. Lekarz w średnim wieku mnie zbadał i wpisał coś w karcie pacjenta. Z tego, co udało mi się wyczytać, to była depresja.
- Zostanie pan u nas na trochę. Wszystko będzie dobrze – uśmiechnął się przyjaźnie i zaprowadzono mnie do pokoju. Był sterylnie czysty, oślepiająco biały i bez klamek.
            Położyłem się na łóżku, licząc, że mają tylu pacjentów, że o mnie zapomną i nadal gapiłem się w sufit, rozmyślając.
            Jednak tak byłoby za dobrze. Już po godzinie przyszedł do mnie jakiś chłopak. Trochę starszy i wyższy ode mnie. Był całkiem przystojny, miał krótkie, dokładnie ułożone czarne włosy. Zamiast białego fartucha lekarskiego był ubrany w białe rurki i biały sweter. Choć uśmiechnął się przyjaźnie, i tak odsunąłem się pod ścianę przy moim łóżku i otuliłem się kołdrą. Mimo wszystko to był psychiatryk i nikt, kto tu pracował, nie mógł być normalny.
- Hej. Jestem Suho – podał mi rękę, nadal mając na ustach nieśmiały, choć pełen przyjaźni uśmiech.
            Nie uścisnąłem mu dłoni, nadal uważnie go obserwowałem. Po dłuższej chwili chłopak z skinął sam sobie, zabrał rękę i mówił dalej:
- Jestem tu studentem na praktykach i pozwolono mi się tobą opiekować, dopóki nie wydobrzejesz, więc chciałbym, byśmy się lepiej poznali… Ale skoro nie chcesz rozmawiać, to chociaż coś zjedz – wyszedł z pokoju, zamykając go na klucz, jednak po chwili wrócił z tacką kanapek i uroczym kubkiem w świnki, z którego parowała gorąca herbata. Postawił tackę na stoliku przy moim łóżku, usiadł na fotelu w drugim końcu pokoju, wziął jakąś książkę, którą wziął sam nie wiem, skąd, po czym zaczął czytać.
                Patrzyłem niepewnie to na niego, to na jedzenie. Mimo wszystko przez te 10 dni jechałem tylko na coli i wodzie, jakie miałem w pokoju, więc zacząłem czuć głód. Niepewnie i powoli przysunąłem się do krawędzi łóżka, nadal otulony kołdrą i niepewnie wziąłem kanapkę.
- Smacznego – powiedział z uśmiechem, wciąż patrząc w książkę.
Wiedziałem, że tak naprawdę mnie obserwuje. Skinąłem lekko głową i zacząłem jeść. Na początku byłem ostrożny i powolny, jednak instynkt przetrwania tym razem górował, więc zjadłem i wypiłem wszystko szybciej niż myślałem.
- Chyba ci smakowało. Sam robiłem – powiedział widocznie dumny z siebie. Podszedł do mnie, jednak znów się odsunąłem.
- Nie zrobią ze mnie wariata - spojrzałem na niego z mieszanką podejrzliwości i strachu.
            Suho popatrzył na mnie ze spokojem:
- Jak nie chcesz mówić, możesz pisać – położył przede mną notatnik i długopis, po czym zastygł w bezruchu. Gdy po kwadransie nie wziąłem ich do ręki, zaśmiał się tylko delikatnie - Jestem widocznie nudną osobą – znów usiadł w fotelu i czekał, spoglądając od czasu do czasu na mnie i od czasu do czasu zagadując, jednak byłem nieugięty. Po 3 godzinach kulturalnie się pożegnał i wyszedł.


***

            Byłem tam już jakiś tydzień. Tylko Suho był w miarę normalny. Czasem zaglądał do mnie ordynator, by sprawdzić, czy jeszcze żyję, a gdy zobaczył, że oddycham, wychodził bez słowa. Pielęgniarze przynosili mi papkę, którą nazywali jedzeniem, a każdego ranka łapali mnie i wciskali na siłę do ust tabletki. Połykałem je szybko, by jak najszybciej mnie puścili. Po prochach czułem się nieco senny i przymulony, ale nic poza tym. Bałem się każdego, kto wchodził do mojego pokoju, w nocy słychać było dziwne dźwięki, jakie wydawali z siebie pacjenci. Bałem się
            Nadal nie rozmawiałem z Suho. Bałem się, że zacznie mnie wypytywać i robić psychoanalizę, używając bardzo wielu trudnych słów, których bym nie zrozumiał. Jednak ufałem mu na tyle, że jadłem tylko kanapki zrobione przez niego. Naprawdę były smaczne.

***

            Stałem na cmentarzu. Rozejrzałem się. Wokół było pełno nagrobków ze zdjęciem mojej siostry. Nagle pojawiła się w alejce, jednak nie ta Sulli, którą pamiętałem. Ta Sulli była trupio blada, z włosami opadającymi na twarz i z pustymi oczami. Szła w moją stronę. Z drugiej strony szli rodzice. Cała trójka szeptała wrogo „winny”. Ich szepty zdawały się dla mnie ogłuszające.
            Obudziłem się z krzykiem. Poczułem przy sobie dziwne ciepło.
- To tylko zły sen – wyszeptał mi do ucha Suho – Co ci się śniło?
            Najpierw zaskoczony odsunąłem się od niego gwałtownie, jednak odetchnąłem, gdy zły sen minął. Wzruszyłem tylko ramionami z miną typu „a co cie to obchodzi?”
- No dobrze. Nieważne, co to było, najważniejsze, że już się obudziłeś.
- Nie wiesz, jak to bolało... - pomyślałem i pod wpływem emocji wtuliłem się w niego drżący. Ku mojemu zaskoczeniu przytulił mnie czule i usnęliśmy razem.

***

            Byłem tam już jakiś miesiąc. Trochę schudłem, bo żyłem tylko na kanapkach Suho. Nic się nie zmieniało, każdy dzień był praktycznie identyczny. Czułem się bardzo samotny, nie dostałem żadnej wiadomości ani od rodziców, ani od żadnego z moich znajomych. Nawet od Jongina... Tylko codzienne wizyty studenta i jego książki choć trochę umilały mi życie.
            Pewnego ranka do mojego pokoju wpadli nagle nowi pielęgniarze, dali leki i zaczęli rozbierać. Szamotałem się, ale to nic nie dało.
- Uspokój się! Trzeba cie umyć, bo taki duży chłopak, a od kiedy cię przyjęliśmy, sam się nie umyłeś! – huknął jeden z nich.
            Pisnąłem. Czułem się, jakby chcieli mi coś zrobić strasznego.
W środku szamotaniny, kiedy desperacko próbowałem zakryć swą nagość, do pokoju wszedł Suho. Spojrzałem na niego przestraszony i zawstydzony.
- Co tu się dzieje?! Co mu robicie?! Natychmiast przestańcie! – krzyknął, marszcząc brwi.
- Chcemy go umyć, brudas wcale się nie myje, to nie jest normalne – powiedział jeden z pielęgniarzy.
- To ja to zrobię. Sam. Wynocha mi stąd! – wygonił wszystkich z pokoju i zamknął drzwi na klucz od wewnątrz.
            Siedziałem skulony na podłodze, zakrywając krok piżamą, bo nie zdążyłem jej założyć. W życiu nie czułem się tak upokorzony. Miałem spuszczoną głowę, a moje policzki płonęły czerwienią. Łez już nie kontrolowałem.- No dalej, wyjdź stąd - powtarzałem w myślach. Nie chciałem mu patrzeć w oczy. Byłem teraz słabszy i gorszy niż kiedykolwiek. Chciałem zostać sam. Jednak zamiast usłyszeć odgłos zamykanych drzwi, poczułem ciepło kołdry.
- Osobiście dopilnuję, by stąd wylecieli. Nie każdy ma powołanie do tego zawodu – westchnął Suho i otarł mi łzy ciepłymi dłońmi – A co do kąpieli, naprawdę ci pomogę. - zamyślił się chwilę - Będzie miło i nikt cię nie będzie oglądał, ale obiecaj, że nikomu o tym nie powiesz - spojrzał mi w oczy.
            Niepewnie skinąłem głową. Bo co miałem zrobić? I tak nie odzywałem się do kogo ani słowem.
            Uśmiechnął się lekko, wyszedł i wrócił po chwili z jakąś kurtką. Otulił mnie nią i złapał mnie za rękę:
- Na mój znak idziemy najszybciej, jak możemy, dobrze? - spojrzał mi w oczy z poważną miną.
            Pokiwałem głową i wyjrzał na korytarz. Gdy ścisnął moją dłoń, ruszyliśmy pustym korytarzem. Pewnie akurat była pora terapii grupowych i indywidualnych. Gdy wyszliśmy na dwór, Suho wziął mnie na ręce, widząc, że nie mam żadnych butów. Szybko zaniósł mnie do swego auta. Zapiąłem pasy, a Suho wsiadł za kierownicę. Dopiero po chwili zorientowałem się, że Suho nie ma kurtki. W pierwszej chwili chciałem ją ściągnąć i mu ją oddać, ale poczułem, jak na policzki wypływa mi rumieniec, więc nic nie robiłem całą drogę.
            Dojechaliśmy do wieżowca, chłopak zaniósł mnie do budynku, wsiedliśmy do windy i weszliśmy do jego mieszkania. Było przestronne i eleganckie. Aż poczułem się w nim dziwnie, jak wieśniak.
- Mogę? – spytał Suho, gdy chciał zdjąć mi kurtkę. Nie chcąc go już nadwyrężać, sam ją zdjąłem i odwiesiłem.
            Zaprowadził mnie do łazienki. Stała tam duża kabina prysznicowa, w której mogłyby się myć i 3 osoby. Gdy zaczął się rozbierać, odwróciłem się.
- Hej, spokojnie... Przecież miałem cię umyć, więc nie tylko ty musisz być nagi – poklepał mnie po ramieniu ze śmiechem. Gdy rozebrał się do majtek, zaczął mi powoli odpinać guziki od górnej części piżamy – Jeśli źle się z tym czujesz, po prostu to przerwij – pogłaskał mnie po włosach i wrócił do przerwanej czynności. Patrzyliśmy przy tym wciąż na siebie. Dziwnie się z tym czułem, więc odwróciłem wzrok, zabrałem jego ręce i rozebrałem się sam.
            Gdy obaj zostaliśmy w samych bokserkach, Suho uśmiechnął się do mnie:
- No dobra, zdejmujemy to na trzy. Raz… Dwa… Trzy! – ściągnęliśmy szybkim ruchem bieliznę.
            Zlustrowałem wzrokiem jego ciało, jednak on ani myślał robić tego samego. Zaprowadził mnie do kabiny, polał przyjemnie ciepłą wodą, wziął gąbkę, nalał na nią czekoladowy żel pod prysznic i zaczął myć mi plecy:
– Rany, nie masz ani jednego pieprzyka – powiedział zaskoczony, ale czułem, że się uśmiechał.
            Nie wiem, czemu, ale zarumieniłem się lekko na ten komentarz. Zadowolony poddałem się jego dłoniom. Mył mnie całego, łaskocząc delikatnie co jakiś czas i unikając sfer intymnych. Pod koniec umył mi głowę i odwrócił się – Umyjesz mi plecy?
            Skinąłem lekko głową, wziąłem delikatną myję, nalałem na nią ślicznie pachnącego żelu i zacząłem go myć. Miał delikatną, jasną jak porcelana skórę. Podobała mi się. Myłem ją dokładnie, omijając okolice krocza i pośladków. Gdy umyłem mu włosy, opłukaliśmy się. Zrobiło mi się głupio, gdy zobaczyłem kolor wody. Spojrzałem na niego, jednak on zamiast się brzydzić, spokojnie mnie opłukiwał, wodząc dłońmi po moim torsie. Uśmiechnąłem się do niego delikatnie i pomogłem mu zmyć z niego mydliny, po czym wyszliśmy spod prysznica:
- Oberwę za to, że cię wyniosłem z budynku, wiesz? – zaśmiał się i zaczął mnie wycierać.
            Otuliłem go ręcznikiem:
– Dziękuję – wyszeptałem ledwo słyszalnie i przytuliłem go.
Suho nieco zaskoczony przytulił mnie delikatnie po chwili:
 – Masz ładny głos – sam nagle zaczął szeptać.
- Dziękuję – uśmiechnąłem się ze łzami w oczach i schowałem twarz w ręczniku.
- Ciii… Nie płacz, jestem tu – zaczął mną kołysać.
            Było tyle rzeczy, o których chciałem mu powiedzieć: o Sulii, o rodzicach, o Kaiu, o wszystkich znajomych, o samotności, strachu... Ale nie mogłem przez jakąś blokadę w sobie. Nawet, jeśli robił to wszystko tylko, bo musiał, i tak chciałem mu to powiedzieć.
            Staliśmy przytuleni długą chwilę, po czym Suho dał mi nowe ubrania: ciepłe, czarne spodnie i mięciutki, wełniany, biały sweter z golfem. Był na mnie trochę za duży, więc w nim wręcz tonąłem.
– Uroczo wyglądasz – zaśmiał się starszy, składając starannie moją piżamę. Schował ją do torby i wróciliśmy do ośrodka. Udało nam się wrócić do pokoju bez świadków, jednak gdy Suho wychodził z pokoju, usłyszałem, jak ordynator zrobił mu awanturę na korytarzu.
            Zacząłem walić w drzwi, chciałem to wyjaśnić. Bałem się, że on przeze mnie wyleci, a przecież zrobił dla mnie coś dobrego. Moje walenie poskutkowało wejściem pielęgniarzy i przypięciem mnie pasami do łóżka. Krzyczałem i wyrywałem się, musiałem zrobić wszystko, by mnie puścili i bym mógł to wyjaśnić. Jednak moje krzyki przyniosły odwrotny skutek. Dostałem zastrzyk. Poczułem się senny i dalej nie wiem, co się działo.

sobota, 14 listopada 2015

"Painful rose" cz. 2

                Zastygłem w bezruchu, próbując przetworzyć informacje:
- Przecież… Przecież to były raptem 2 ulice… - powiedziałem cicho, czując, że wargi same z siebie się poruszają.
- Temu, kto zaciągnął ją do bramy, jakoś to nie przeszkadzało! – ojciec nie zmienił tonu. Poczułem dreszcze. Wiedziałem, że chętnie by mnie teraz ukarał w niezbyt przyjemny sposób. W końcu to była córeczka tatusia.
Momentalnie otrzeźwiałem:
 – Gdzie ona jest?
- Na komisariacie, składa zeznania – warknął, a mnie już nie było.
Pędziłem na złamanie karku mimo bólu głowy, który teraz zdawał się prawie minąć. Po 10 minutach zdyszany wszedłem do budynku policji:
– Dzień dobry, jestem Do Kyungsoo. Moja siostra, Do Sulli, właśnie składa zeznania. Mogę wiedzieć, gdzie ona jest?
Policjant wskazał mi korytarz. Pobiegłem nim, a na jego końcu zobaczyłem mamę z twarzą ukrytą w dłoniach. Niepewnie podszedłem do niej, usiadłem obok i przytuliłem ją mocno:
– Mamo, przepraszam – wyszeptałem.
Poczułem, jak odwzajemnia uścisk:
 – Przepraszaj siostrę, nie mnie – załkała cicho.
- Gdzie ona jest?
- Przesłuchują ją i badają – szepnęła łamiącym się głosem.
Puściłem ją, wstałem i z nerwów zacząłem chodzić w te i z powrotem, przygryzając wargę. Przestałem, gdy Sulli wyszła z sali przesłuchań. Miała opuchnięte wargi i guza, a jej źrenice były powiększone ze strachu. Poczułem nieprzyjemne ukłucie w sercu .Ukłucie poczucia winy.
Podszedłem do niej natychmiast i objąłem ją mocno:
– Przepraszam – szepnąłem, nie mogąc wykrztusić z siebie nic innego, a ona pisnęła i zaczęła się szarpać. Puściłem ją, a ona natychmiast się odsunęła. Zaskoczyło mnie to – Siostrzyczko, coś zrobiłem nie tak?
- Nie, ale… Nie zbliżaj się do mnie – spuściła wzrok, zaciskając swoje szczupłe dłonie.
- Chciałbym cię przytulić… – zrobiłem krok w jej stronę, a ona odsunęła się ode mnie o 2 kroki. Zabolało mnie to, czułem, ze to przeze mnie.
Przyszła policjantka i złapała delikatnie dłoń mojej siostry:
- Przepraszam pana, ale pani potrzebuje teraz wizyty u psychologa –wskazała drzwi na drugim końcu korytarza, po czym zaprowadziła tam Sulli.
Podszedł do mnie policjant:
- Proszę nie brać tego zbyt do siebie, zgwałcone kobiety nie mają zaufania do płci męskiej
- Jak mam tego nie brać do siebie?! Moją ukochaną siostrę zgwałcono, a ja miałem jej pilnować! – zacząłem krzyczeć. Czułem, że to moja wina. Czułem to każdą komórką swojego ciała.
- Proszę się uspokoić, nerwy tu nic nie dadzą – policjant posadził mnie na krześle.
Usiadłem na krześle i schowałem twarz w dłoniach. Poczułem ramiona mamy obejmujące mnie czule.
Wtuliłem się w nią jak małe dziecko:
– Przepraszam… Przepraszam… - wyszeptałem, a z oczu poleciały mi łzy.

***

                Siedziałem w pokoju w chłodny, październikowy wieczór i próbowałem się skupić na lekcjach, gdy usłyszałem, jak drzwi wejściowe się otwierają.
- Jesteśmy! – zawołał tata z przedpokoju. Przywiózł Sulli z poradni. Chodziła do psychologa już od kilku miesięcy.
Wstałem i poszedłem ich przywitać:
- Hej – pomachałem siostrze przy wejściu, na co ona tylko skinęłam mi lekko głową i poszła do swojego pokoju. Nasz kontakt się popsuł od tragedii, jaka ją spotkała. Nie wiedziałem, czy obwinia mnie za to, co się stało czy po prostu nadal boi się chłopaków w moim wieku.
Wróciłem do swojego pokoju. Nie mogłem sobie znaleźć miejsca od kiedy to wszystko się wydarzyło. Jeszcze nie rozmawiałem o tym otwarcie z Sulli. Bała się mnie. Nie mogłem tak dłużej…
- Kyungsoo, weź się w garść, to ty jesteś mężczyzną i ty to załatw – szepnąłem do siebie.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Wstałem, poszedłem do kuchni i zrobiłem ulubione danie mojej siostrzyczki, po czym poszedłem z nim pod jej pokój. Zapukałem, a gdy nie usłyszałem odpowiedzi, powoli sam otworzyłem drzwi, myśląc, że słucha muzyki w słuchawkach i mnie po prostu nie usłyszała:
- Sulli, możemy porozma… - urwałem i upuściłem talerz w przerażeniu. Zobaczyłem Sulli w piżamie, wiszącą na żyrandolu na podartym prześcieradle. Oczy miała puste, a większość twarzy zasłaniały jej włosy. Wyglądała, jak dziewczynka z ringu. Zimna, blada i bez życia. Ale to nie był film. To była prawda. Prawda gorsza od najstraszniejszego horroru.
- Mamo! Tato! Dzwońcie po pogotowie!!! – krzyknąłem, ile sił w płucach i stanąłem na stołku, by ją ściągnąć. Zdjąłem pętlę z żyrandola, a Sulli opadła na podłogę z głuchym tąpnięciem. Nie ruszała się, wyglądała, jak manekin. Nawet nie pisnęła, nie jęknęła, cokolwiek… Ze łzami w oczach klęknąłem przy niej i zacząłem ją reanimować. Była ciepła, wierzyłem, że ją uratuję.
                Gdy przyjechała karetka i ratownicy zabrali Sulli, wskoczyłem za nimi do ambulansu, jednak lekarz mnie powstrzymał:
- Nie ma sensu, by jechał pan do kostnicy…
Zacisnąłem pięści z szeroko otwartymi oczami:
– Nie! To nieprawda! Przecież jest jeszcze ciepła! Przecież to stało się przed chwilą! Chociaż byście spróbowali ją uratować! - mój głos stał się nagle głośny i piskliwy.
- Proszę pana, jej serce już przestało bić. Zabrakło tlenu – powiedział spokojnie mężczyzna i wyprowadził mnie z karetki, wrócił się do niej, po czym ambulans odjechał z moją siostrą. Z moją martwą siostrą.
                Ze łzami w oczach wróciłem do domu. W pokoju Sulli zastałem mamę zawodzącą rozpaczliwie i ojca tulącego ją. Wiedziałem, że sam ledwo się trzyma. Natychmiast otarłem łzy i podszedłem do nich
– Tato, ja się zajmę mamą – szepnąłem.
On tylko pokiwał głową, puścił ją i poszedł do siebie, zamykając za sobą drzwi na klucz. Natychmiast zająłem jego miejsce przy mamie i przytuliłem ją do siebie. Nie chciałem jej pocieszać, bo jak? Jakie słowa pomogą przy takim bólu?
                Siedziałem z mamą całą noc, tuląc ją i ocierając jej łzy. Przysiągłbym, że kilka razy usłyszałem ciche łkanie z sypialni rodziców.

***

                - Powinniśmy się przestać spotykać - powiedział Kai, odsuwając się, gdy na powitanie chciałem się do niego przytulić.
             Zamarłem i odsunąłem się:
- Co? A-ale czemu? - spytałem drżącym głosem.
- Nie mogę być z kimś, kto ciągle użala się nad sobą. Wiem, że twoja siostra popełniła samobójstwo, ale to było rok temu! Co się stało, to się nieodstanie. Życie idzie do przodu. Chcąc nie chcąc, musisz iść dalej, zrozum.
- Wiem... Przestanę o tym przy tobie gadać, obiecuję - złapałem go za rękaw.
- Tu nie chodzi o to, czy ty mówisz, czy nie - wyszarpał się z uścisku mojej dłoni. - Ciągle chodzisz smutny, cokolwiek nie zaproponuję, to tylko wzruszasz ramionami, seksu też nie uprawialiśmy od roku, tracimy kontakt ze znajomymi... Psycholog powiedział, że powinieneś iść do psychiatry, ale ty, zamiast go posłuchać, nie chciałeś chodzić już w ogóle na jakiekolwiek wizyty.
- Ale... Ale zbyt trudne jest wywlekanie spraw przed obca osobą... - wyszeptałem ze łzami w oczach.
- Tak ci źle i tak niedobrze. Nie płacz, znajdziesz sobie kogoś - poklepał mnie po ramieniu. - Ale najpierw się ogarnij, bo jak sam ze sobą nie będziesz szczęśliwy, to z innymi tym bardziej nie - rzucił przez ramię i odszedł. Tak po prostu, nie oglądając się za siebie.
                Zostałem sam. Sam, samiuteńki pod naszym ulubionym drzewem w naszym ulubionym parku. Łkając cicho, wróciłem do domu. Moje łzy zamarzały na grudniowym zimnie. Mimo że nie ukrywałem łez, mama udała, że ich nie widzi i powitała mnie sztucznym uśmiechem. Odwzajemniłem go i zamknąłem się w pokoju.
                Od kiedy Sulli się powiesiła, moi rodzice bardzo wolno dochodzili do siebie. Mówili, że nadal mnie kochają, ale z ich oczu dało się wyczytać "winny". Cały dom pogrążał się w niezręcznej ciszy, bo jedyne, co mieli mi do powiedzenia to "winny". To słowo wisiało w powietrzu i tylko utrudniało wszytsko, nawet oddychanie.
                Skuliłem się na łóżku. Kai był moją jedyną ostoją. Jedyną osobą, której mogłem opowiadać o całym swoim bólu. Teraz zostałem z niczym. Nie mogłem pohamować łez. Płakałem i płakałem cały wieczór i całą noc. Dopiero nad ranem usnąłem.Wstałem popołudniu i poszedłem do toalety. Rodzice byli w domu, ale nie zapytali, czemu nie poszedłem do szkoły, nie zapukali do mojego pokoju, nawet nie powiedzieli mi dzień dobry...
                Zamknąłem się u siebie i leżałem w łóżku, wpatrzony w sufit.

***

                Po 10 dniach leżenia w łóżku, ktoś zaczął walić w moje drzwi:
- Otwierać! - odezwał się donośny, męski głos.
            Przestraszyłem  się i skuliłem pod kołdrą.
- Otwierać, policja! - krzyknął inny głos.
"Nic nie zrobiłem: pomyślałem przestraszony, chowając się pod kołdrę.
                Mężczyźni walili w drzwi jakiś kwadrans, po czym je wyważyli. Przywarłem do ściany otulony kołdrą i patrzyłem przestraszonym wzrokiem, jak obcy ludzie włamują mi się do pokoju.
- Żyć żyje, ale dobrze, że nas wezwaliście - powiedział policjant.
"Oni mnie pomylili z jakimś przestępcą" pomyślałem i owinąłem się tak, ze nawet twarzy nie było mi widać.
                Nagle do pokoju weszło kilku mężczyzn w białych kitlach. Chwycili mnie za ręce i zaczęli mnie ciągnąć. Szarpałem się wystraszony, nie rozumiałem, co się dzieje. Patrzyłem na rodziców, ale oni tylko uśmiechali się pogodnie w moją stronę.
- Wszystko będzie dobrze, synku - powiedziała mama, jednak jej nie uwierzyłem.
               Panowie  w bieli wynieśli mnie siłą, przypięli do dziwnego łóżka w ambulansie i odjechaliśmy, zostawiając za sobą moich rodziców i wyglądających z okien sąsiadów.

sobota, 31 października 2015

"Painful rose" cz. 1

Pairing: SuD.O, Kaisoo
Rodzaj: Angst, smut
Rating: PG-13
Miłego czytania ^^




        1 stycznia. Cicho, ciemno… Fajnie, że dostałem przepustkę. Mogłem na spokojnie przemyśleć wszystko to, co działo się przez ostatni rok.
Siedziałem po ciemku w swoim pokoju. Wypiłem kolejny kieliszek soju. Świat powoli zaczął się rozmazywać, a przed oczami zamiast ciemności pokoju ujrzałem sceny z przeszłości.

***

        - Soo, wracajmy do domu… - jojczyła moja młodsza siostra, Sulli. Była 3 lata młodsza ode mnie i bardzo chciała, bym ją zabrał na imprezę, na której bawią się „starsi i bardziej dojrzali”, ale po kilku godzinach zaczęła się gubić w gąszczu nieznanych osób, kłębach dymu papierosowego i oparach alkoholu.
- Mówiłem, że ci się nie będzie podobać. Teraz tu siedź – powiedziałem, niechętnie przerywając pocałunek z Kaiem, moim chłopakiem.
- Proszę, wracajmy do domu. Potem tu wrócisz…
- Nasz dom jest 2 ulice dalej, ile ty masz lat? Jak tak bardzo się boisz, to idź do jakiegoś pokoju, zamknij się w nim i się prześpij. Rano wrócimy razem.
        Podszedł mój kumpel Tao i złapał Sulli w talii:
- Wyluzuj, mała. Zapalisz papierosa, napijesz się czegoś i się wyluzujesz – wymruczał, muskając ustami jej kark.
        Sulli wzdrygnęła się:
- Oppa, masz rację. Ja jednak sama wrócę do domu – wyrwała się z objęć napalonego chłopaka, cmoknęła mnie w policzek i wybiegła.
- Jeszcze nie dorosła do takich imprez – westchnął Kai, obejmując mnie w talii.
- Przynajmniej da mi spokój i nie będzie marudzić, bym ją gdzieś zabrał z kumplami – zaśmiałem się.
- Miła jest, nie czepiaj się jej.
- Ej! Bo będę zazdrosny – prychnąłem, udając obrażonego.
- To źle, że lubię twoją siostrę? – musnął swymi pełnymi wargami moje ucho.
- No w sumie nie… - westchnąłem cicho, czując, jak ciarki przeszły mi po plecach.
- I tak jestem gejem – zaśmiał się pod nosem.
- To udowodnij – pociągnąłem go za rękę i zaprowadziłem na piętro, gdzie było mniej ludzi, pchnąłem pierwsze drzwi i weszliśmy pokoju. Był ciemny i pusty. Tylko pod ścianą stało wielkie łoże.
- Masz nosa. Wiedziałeś, gdzie wejść – wymruczał i przygwoździł mnie do ściany.
- Szczęście nam sprzyja – przygryzłem jego wargę i spojrzałem mu w oczy.
- Więc wykorzystajmy to – wpił się w moje usta.
        Przymknąłem oczy i odwzajemniłem pocałunek. Zacząłem walczyć z nim o dominacje, jednak szybko przegrałem, ani trochę tego nie żałując. Kai badał moje usta, sunąc palcami po moim ciele. Wiedział, jak to kocham, lecz gdy westchnąłem na jego pieszczotę, gwałtownie przerwał i pchnął mnie na łóżko. Usiadł okrakiem na mych biodrach i sprawnie zdjął swoją koszulkę. Uwielbiałem dotykać jego idealnie umięśnionego brzucha. Zrobił go specjalnie dla mnie, choć go o to nie prosiłem. Schlebiało mi to, że tyle się poświęcał treningom tylko po to, by mi się bardziej podobać.
        I tym razem wyciągnąłem rękę, by go dotknąć. Jednak Jongin uśmiechnął się tajemniczo, unieruchomił moje nadgarstki w uścisku swej dłoni i przytrzymał je nad moją głową:
- Nie tym razem, Sówko – podgryzł moją szyję.
- Kai… chcę cię dotykać – westchnąłem cichutko.
- Zaraz – zdjął ze mnie koszulkę, podgryzając skórę na mych obojczykach.
        Westchnąłem nieco głośniej. Kochałem dotyk jego warg, a jego władczy ton niespodziewanie rozpalił mnie jeszcze bardziej. Chcąc widzieć i jego podniecenie, otarłem się lekko kolanem o jego krocze, na co z jego pełnych warg wydobył się seksowny pomruk. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem.
        Jongin oderwał się od mojej skóry, oblizał usta i wyjął z kieszeni puchowe kajdanki. Szybko przypiął mnie do łóżka i zaczął dobierać się do mego rozporka. Sprawnie sobie z nim poradził, po czym ściągnął mi spodnie razem z bokserkami. Skuliłem się nieco zawstydzony.
- Nie masz się czego wstydzić. Jesteś idealny – rozsunął moje nogi, oblizał swoje 2 szczupłe, długie palce i powoli wsunął we mnie jeden z nich, druga ręką masując swoje krocze.
- K-Kai… - przygryzłem wargę. Jeszcze nigdy mnie nie skuł kajdankami, więc byłem nieco zaskoczony, ale... Podobało mi się to. Młodszy widząc moją reakcję, zassał się na mym jabłku Adama i zostawił na nim malinkę. Włożył we mnie drugi palec i przyspieszył ruchy obu dłoni.
        Syknąłem, przymykając oczy. Długo mnie rozciągał, poruszając we mnie palcami raz szybciej, raz wolniej. Droczył się ze mną, w międzyczasie powoli zdejmując z siebie ubrania.
        Widząc go nagiego, z wrednym uśmiechem na ustach, poruszyłem niecierpliwie biodrami:
- Wejdź we mnie wreszcie – warknąłem podniecony do granic możliwości, na co ten tylko czekał. Rozsunął szerzej moje nogi i wszedł we mnie gwałtownie, całując czule. Mój krzyk zagłuszyły jego niespodziewanie czułe wargi. Przymknąłem oczy i lekko pociągnąłem zębami jego wargę.
        Na początku poruszał się we mnie wolno. Mimo bólu, który czułem, było za wolno. Objąłem nogami jego biodra i zacząłem nadawać szybsze tempo. Powoli ból zmieniał się w rozkosz, a słodkie usta Kaia tylko to przyspieszyły.
- Jesteś tylko mój – zamruczał w moje usta, wchodząc we mnie głębiej, na co pisnąłem cicho. Złapał mnie za biodra i masując je, przyspieszył tempo. Wiłem się pod nim pod wpływem jego ruchów, moje jęki stawały się coraz częstsze i głośniejsze, a on z jeszcze większym zadowoleniem oderwał się od mych ust i zaczął mi robić krwiste malinki na szyi, co tylko spotęgowało moje jęki. Wiedział, jak sprawić, bym krzyczał. Gdy nagle wszedł we mnie do końca, jęknąłem głośno jego imię i sam zacząłem się sam na niego nabijać. Pokój wypełniały nasze ciężkie oddechy, jęki i odgłosy spoconych ciał obijających się o siebie. Kai sam jęknął, czując, jak się na nim zaciskam i zaczął mocno się we mnie nabijać pod różnymi kątami, szukając mojego czułego punktu.
- Kai… Jeszcze raz tam – jęknąłem dość szybko i wygiąłem się w łuk, na co ten ugryzł mnie w szyje i specjalnie zwolnił.
- Kai... Co ty wyprawiasz? - wydyszałem.
- Błagaj – warknął i dał mi klapsa.
Zaskoczony krzyknąłem i docisnąłem go nogami do siebie
- Błagam... Kocie, błagam... - jęknąłem, zaciskając mocniej palce na jego ramionach, na co on natychmiast zaczął mocno trafiać w mój czuły punkt. Przyległem do niego i pocałowałem namiętnie. Wystarczyło kilka jego szybkich ruchów, abym doszedł, spuszczając się na jego tors. Zaraz potem poczułem przyjemne ciepło w sobie.
Kai wyszedł ze mnie i opadł obok, dysząc ciężko.
- Może... Mnie rozkujesz? – spytałem, łapiąc oddech.
Kai spojrzał na mnie zamglonym wzrokiem – Zostajesz tak – zaśmiał się wrednie.
- No Kai… - otarłem się noskiem o jego obojczyk.
– No dobrze – westchnął po dłuższej chwili i gdy uspokoił oddech, rozkuł mnie, na co ja natychmiast okraczyłem jego biodra i zlizałem swoje nasienie z jego idealnego torsu, mrucząc cicho.
- Grzeczna sówka… - Jongin przygryzł wargę, mierzwiąc mi włosy.
        Gdy skończyłem, opadłem obok niego:
- Jestem tylko twój. A jak jutro pokażę się z taką szyją, nikt inny nie pomyśli inaczej – zaśmiałem się cichutko, przytulając się do niego.
- I o to chodzi – przytulił mnie mocno do siebie i zakrył nas kołdrą – Dobranoc. Kocham cię, Soo.
- Ja ciebie też, mój władco – szepnąłem i usnąłem szczęśliwy w jego ramionach.

***

        Wróciłem około 16 do domu. Choć spałem długo, przez kaca i tak byłem nie do życia. Poszedłem do kuchni po tabletki przeciwbólowe i po wodę. W kuchni stał ojciec. Gdy tylko mnie zobaczył, przyparł mnie do ściany:
- Mówiłem ci, że masz pilnować Sulli! – powiedział wściekły.
        Poczułem, jak zaciska palce na moich ramionach aż zacząłem w nich tracić czucie.
- Ale co ja zrobiłem? Puść mnie... I ciszej, błagam, głowa mi pęka – jęknąłem błagalnie.
- Głowa cię boli? Głowa cię boli?! Twoja siostra została pobita i zgwałcona, a ty marudzisz, bo główka cię boli od za dużej ilości alkoholu?! – podniósł głos z furią w oczach.