sobota, 9 stycznia 2016

"Painful rose" cz. 4



            Gdy się obudziłem, nie było przy mnie Suho. Nie było go też następnego dnia. Ani kolejnego. I tak cały tydzień.
            Źle to znosiłem. Bardzo źle. Ciągle się obwiniałem, że przeze mnie go wylali. Zrobił dla mnie coś dobrego, dzięki niemu uśmiechnąłem się po raz pierwszy od nie wiem, jak dawna, a on w zamian stracił szansę na pracę, o której marzył i na którą tyle czasu ciężko pracował. Czułem się winny. Znowu. Nie chciałem zrobić nic złego, a przeze mnie komuś właśnie zawalił się świat. Nie chciałem żyć. Jednak nawet nie mogłem się zabić, nie miałem jak. Jedyne, co mogłem zrobić, to nie jeść, nie pić i nie spać, patrząc godzinami na kropkę na suficie.
            Stosunek personelu do mnie tylko się pogorszył. Robili mi łaskę, że przynosili mi jakąś papkę, którą nazywali „zdrową żywnością dla ludzi takich jak ja”, ale niezbyt ich obchodziło, czy tę papkę zjem, zostawię, czy spuszczę w toalecie. Raz znów mnie rozebrali i zaciągnęli pod prysznic siłą. Byłem przy nich taki słaby.... Taki nagi...
- Może to tak czuł się Jezus, gdy rozdarli jego szaty na oczach wszystkich, gdy umierał na krzyżu? - zadawałem sobie to pytanie w myślach, płacząc w nocy i raniąc sobie uda. Paznokciami, bo innego sposobu nie było. Czułem się obdarty ze wszelkiej godności. Tylko Suho mógł mi ją przywrócić
            Po 2 tygodniach wyglądałem gorzej niż mizernie. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo nie miałem w pokoju lustra. Leżałem i płakałem bezgłośnie w swoim łóżku, gdy drzwi się otworzyły. Przestraszony schowałem się pod kołdrę. Nie chciałem, by ktokolwiek widział, jak płaczę, nie chciałem kolejnych tabletek. Słyszałem czyjeś kroki zbliżające się do mnie. Czyjaś delikatna dłoń wsunęła się pod kołdrę i pogłaskała moje chude palce:
- Czemu nie jesz, Soo?
            Zamarłem. Ten głos… Ta dłoń… Te perfumy… Wyjrzałem spod kołdry:
- Wróciłeś! – prawie rzuciłem mu się na szyję. Wtuliłem się w niego i otuliłem nas kołdrą.
            Uśmiechnął się nieśmiało:
– Jak mógłbym nie wrócić, gdy dzieje ci się krzywda? – szepnął i pogłaskał mnie po włosach.
- Przepraszam. Nie chciałem, byś przeze mnie oberwał. Bardzo przepraszam. Więcej się to nie powtórzy, naprawdę… – szeptałem, patrząc na niego ze łzami w oczach.
- Hej, nie płacz – pogłaskał mój policzek swoją ciepłą dłonią i starł kciukiem łzę, która niekontrolowanie spłynęła po moim policzku – Rzeczywiście nie podobały się ordynatorowi moje metody terapii, ale gdy zobaczyli, co się z tobą dzieje, gdy mnie nie ma, od razu po mnie zadzwonili, oddali mi wszystkie papiery i znów mogę się uczyć i pracować.
- Wylali cię? Boże, nie wiedziałem, że to będzie takie poważne… Przepraszam, postaram się to jakoś odkręcić – wyszeptałem, nie kontrolując już łez.
- Będę musiał się tylko trochę więcej uczyć i tyle. Zresztą to nie była praca tylko praktyki. Więc już nie płacz, naprawdę już dobrze – wyjął z kieszeni chusteczkę, po czym wytarł moje oczy oraz nos.
            Zarumieniłem się:
– Wiem, mazgaję się jak dziecko.
- Ale to urocze, że się mną przejmujesz – uśmiechnął się delikatnie.
- Ty tez martwisz o mnie… Znaczy… To twoja praca… Ale da się wyczuć, gdy ktoś jest miły sam z siebie, a nie z przymusu… A ty jesteś miły… A mili ludzie zasługują na troskę… - poczułem, jak policzki płoną mi rumieńcem.
- Nie myję się pod prysznicem z byle kim – zaśmiał się – Zaczekaj chwilę – puścił mnie, wstał i wyszedł. Po kwadransie wrócił z tacką z naleśnikami i znajomym kubkiem w świnki, w którym tym razem było gorące kakao – Dodałem do kakao 3 łyżeczki cukru, chyba lubisz takie?
- Wypije się – machnąłem ręką, nie chcąc dać po sobie poznać zdziwienia, gdyż właśnie zawsze tyle słodziłem swój ulubiony mleczny napój. Jednak nie zastanawiałem się nad tym długo, gdyż czując głód, zacząłem jeść jak zwierze.
- No i co się tak spieszysz? Nikt ci tego nie zabierze – pogłaskał mnie po plecach.
- Wyfacz, jesfem głofny – wymamrotałem z pełnymi ustami.
- To nie mogłeś jeść?
- Boję fę, że fali mi fam foś, fy mnie ofruć. A fobie ufam – chciałem się uśmiechnąć, jednak mi nie wyszło. Jak zwykle.
            Uśmiechnął się tylko, nie przestając mnie głaskać:
- Jak zjesz, idziemy na spacer
- W ten mróz?
- To ostatnie dni pełne śniegu, musimy skorzystać
- A ja nie chce
- A zrobisz to dla mnie? – spytał uroczo.
            No i co ja miałem zrobić? Westchnąłem, dokończyłem pyszne naleśniki, ubrałem się w to, co dał mi ostatnio w swym mieszkaniu, założyłem kurtkę, która zresztą też była jego i wyszliśmy na spacer. Mogłem tylko wychodzić na teren ośrodka, ale biorąc pod uwagę spory park, to i tak było dużo. Byliśmy na odludziu, wokół panowała niesamowita cisza. Śnieg zdawał się pochłaniać najmniejszy szmer, nawet odgłos naszych oddechów.
            Gdy zaczęły mi marznąć uszy i usta, wcisnąłem ręce w kieszenie:
– Po co my tu tak chodzimy? - spytałem nieco zniecierpliwiony.
- Nie lubisz zimy?
- Nie - mruknąłem.
- To jaka jest twoja ulubiona pora roku? - spytał, nie zniechęcając się moim tonem
- Żadna
- No weź… Jakaś musi być – uśmiechnął się lekko, ale ja tylko wzruszyłem ramionami.
            Suho wziął trochę śniegu, zrobił śnieżkę i rzucił nią we mnie.
- Ej! A to za co?
- Skoro nie lubisz żadnej pory roku, nic nie stoi na przeszkodzie, by zima stała się tą ulubioną. A by coś polubić, trzeba poznać tego zalety. Pomogę ci – rzucił się na mnie tak, że opadliśmy na miękki śnieg. Położył się obok i zaczął robić aniołka.
- Im szybciej to zrobię, tym szybciej wrócę – pomyślałem i zacząłem go naśladować.
            Spojrzałem w górę. Z białego, jasnego nieba padały drobniutkie płatki śniegu, a cały widok z mojej perspektywy był otoczony czubkami drzew. To było… Ładne. Nawet bardzo. Może nawet piękne?
            Przeniosłem wzrok na Suho. Uśmiechał się do mnie i… Znów oberwałem od niego śnieżką
– Orientuj się – zaśmiał się, ale po chwili przestał i zaczął wypluwać śnieg z ust.
- Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni – wytknąłem mu język.
            Chłopak schował się za zaspą i zaczął we mnie rzucać śnieżkami. Kucnąłem za drugą i rzucałem kulkami w jego stronę. Poczułem się znów jak dziecko; beztroski, cieszący się z małych rzeczy.
            Nie wiem, ile czasu minęło, gdy opadliśmy zmęczeni obok siebie na biały puch:
- Raaaaaaaaaaaany… Fajnie było – powiedziałem, a na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- To jak, lubisz zimę? – zaśmiał się Suho.
- Lubię – chwyciłem trochę śniegu w dłoń i sypnąłem nim tak, by na mnie spadał - Ciebie też lubię – dokończyłem w myślach.
- Ja ciebie też lubię – spojrzał na mnie z uśmiechem.
            Zamurowało mnie. Czy on czyta w myślach? Nie, nie, nie, to głupota. Przygryzłem język, próbując się uspokoić:
- Przesadzasz. Po prostu jestem twoim pacjentem w twoim wieku i tyle – wzruszyłem ramionami.
- Mówię serio. Traktują tu ludzi, jakby nie wiem, jacy byli. A tak naprawdę w każdym, nawet najciężej chorym pacjencie, widzę człowieka… A ty jesteś super człowiekiem. I wierzę, że wyjdziesz z depresji, a po wszystkim nadal będziemy przyjaciółmi – powiedział poważnie.
- Czyli ty… I ja… Się przyjaźnimy? – spytałem cicho, nie będąc pewnym, czy dobrze zrozumiałem.
- No a nie? Spędzamy ze sobą czas na jedzeniu, głupotach i gadaniu o wszystkim i o niczym… Ty nie potrzebujesz lekarza ani leków. Po prostu potrzebujesz przyjaciela, który będzie trochę mocniejszy, mądrzejszy i bardziej bezstronny niż zwykły przyjaciel – założył mi kaptur, by mi uszy nie marzły – Ja jestem taką osobą i dzięki temu dziś mogłeś się uśmiechnąć i polubić zimę, rozumiesz?
- Chyba masz rację… Tylko… - przysunąłem się do niego niepewnie i wtuliłem w jego zimną kurtkę – przyjaźń to relacja obustronna. Co ja, pocięty chudzielec bez pieniędzy, rodziny, przyjaciół czy wiedzy może ci dać? – spojrzałem smutno w jego piękne, ciemne oczy.
- To, co ja tobie – odpowiedział bez zastanowienia – Nasze wspólne rozmowy i posiłki sprawiają mi przyjemność. Jesteśmy w podobnym wieku i potrafimy znaleźć wspólny język, choć poznaliśmy się w tak nietypowy sposób. To fajne, nie sądzisz? Chociaż skoro chcę być psychiatrą, każdy pacjent mnie do tego przybliża, więc w pewnym sensie pomagasz mi spełniać marzenia. Dziękuję – objął mnie i się uśmiechnął.
- Ja… Nie wiem, co powiedzieć… - zacząłem, a Suho zaczął mnie głaskać po głowie.
- To nic nie mów. Nie musimy ciągle gadać – uśmiechnął się, a ja tylko oparłem głowę na jego torsie i wraz z nim wpatrywałem się w wolno spadające z nieba śnieżynki.
            Gdy już było naprawdę ciemno i zimno, a dmący wiatr chciał nas kompletnie przewiać, wróciliśmy do mojego pokoju cali przemoczeni. Gdy rozebraliśmy się, chłopak zauważył moje zadrapania na udach:
- Kiedy je zrobiłeś?
- Nie wiem… Tydzień temu? – skłamałem, jednak wiedziałem, że to nic nie da. Nie umiałem i nie lubiłem kłamać.
- Jeśli chodzi o wszelkie rany, nie oszukasz lekarza – pokręcił głową i złapał mnie za ręce – Już Tu jestem, tak? I będę tu znów regularnie, tak? Cokolwiek się nie dzieje, jakkolwiek dla ciebie jest to głupia sprawa, możesz mi o niej powiedzieć, tak? – spojrzał mi w oczy.
- Tak… - powiedziałem cicho i spuściłem wzrok.
            Suho tylko westchnął i mnie przytulił:
- Nie jestem zły. Po prostu widzę, że masz problem, a ja tu jestem od tego, by ci pomóc. Chcę ci pomóc
- Wiem… Po prostu bałem się, że przeze mnie zaprzepaściłeś tyle ciężkiej nauki… - wyszeptałem drżącym głosem, na co mnie tylko mocniej przytulił
- Jestem tu…
- Wiem. I za to dziękuję – wtuliłem się w niego i przymknąłem oczy.
            Staliśmy tak dłuższą chwilę, jednak było nam zimno po leżeniu na dworze przy takiej pogodzie, więc puściliśmy się, powiesiliśmy ciuchy na kaloryferze, po czym w samych bokserkach położyliśmy się do łóżka i każdy z nas zabrał się za swoją książkę, jeden oparty o drugiego. Nie wiem, kiedy przysnąłem, ale wiem, że mimo późnej pory Suho nadal był przy mnie. Od tej pory przychodził znów do mnie codziennie, a ślady się zagoiły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz